monstee/ Listopad 8, 2015/ Historia, OC - original characters/ 0 comments

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on LinkedIn0Pin on Pinterest2Share on Google+0Email this to someone

Każdy z nas od czegoś zaczynał, to jest oczywista sprawa a jak wiadomo „nie od razu Kraków zbudowano”. Początki często bywają trudne i nie koniecznie muszą wskazywać na to czy ktoś jest uzdolniony czy też nie, mogąc wręcz demotywować do dalszego zgłębiania pasji. Wiele osób po prostu poddaje się, odpuszczając praktycznie na samym starcie „bo im nie idzie” tym samym tak naprawdę nie dając sobie szansy. Widywałam już nieraz takie przypadki choć oczywiście prawdopodobnie większa część tego typu decyzji jest słuszna gdyż nie każdy ma rysowniczy talent lub chociaż tzw. „smykałkę”. Sądzę jednak, że nawet jeśli nasza nowa pasja nie zapowiada się zbyt obiecująco pod względem naszych umiejętności warto dać jej szansę, choćby po to by sprawdzić czy to się zmieni. Wedłgu mnie rok to taki dobry czas na podejrzenie naszego postępu oczywiście pod warunkiem, że faktycznie ćwiczymy nasze bazgranie – wiadomo jeden rysunek na miesiąc zbyt wiele nam nie da. Myślę, że to dobry wstęp do tego postu, zlepek mych własnych przemyśleń nim rozpisze się o tym jak wyglądała moja droga przez "mękę". Dodam jeszcze, od siebie, że jeśli nawet jest ciężko, wydaje nam się, że nie ma postępów to warto to przetrwać by po kilku latach (lub i kilkunastu) móc cieszyć się nagrodą jaką jest spojrzenie na swe stare prace np. jakąś postać w nowym wykonaniu. Ten moment gdy się widzi np. bohatera starego komiksu wyglądającego tak jak sobie to wyobrażaliśmy (a wychodziło dużo gorzej siłą rzeczy) – coś cudownego^^

W tym wpisie chciałam was zatem zabrać w podróż do przeszłosć, do samego początku, kiedy to stawiałam swe pierwsze kroki w stronę rysunku oraz później mych pierwszych projektów. Przechodząc do rzeczy nie będę zatem oryginalna pisząc, że od zawsze lubiłam rysować. Chyba wszyscy albo przynajmniej większość rysowników tak miała. Mała dziewczynka z afro na głowie malująca po książkach rodziców flamastrami, które to dostała od dziadka/wujków. Rysowanie na zielonym od mistrzroślinności podwórku pod jabłonią bądź domu na wsi (bodajże na Rońsku – o ile dobrze pamiętam nawę – obok Krasnegostawu) w wieku ok 3-4 lat. To jest pierwsze wspomnienie dotyczące rysowania jakie posiadam w swej dziś już różowej łepetynie. Pamiętam to chyba tylko dlatego, że wśród flamastrów, które dostałam był jeden cały biały, który wymazywał to co się narysowało innymi kolorami tak więc można powiedzieć, że to jest dobry punkt startu mego rysowania czegokolwiek na czymkolwiek. Od tamtego właśnie momentu jakoś zaczęto mi dawać częściej akcesoria do bazgrolenia zakażdym razem gdy ktoś przyjeżdżał w odwiedziny do mnie z rodziny itd. Wszelkiego rodzaju zapasy zeszytów, bloków, kredek i innych pisaków to było coś co mnie naprawdę cieszyło – prawdopodobnie moich rodziców także bo nie musieli martwić się o utratę pozostałych im książek. Pozostałych ponieważ kiedyś zabrakło mi kartek do rysowania i pomazałam większość ich biblioteki domowej, nawet nadruk tekstu nie zniechęcił mnie do tego^^

Po kilku przeprowadzkach trafiłam do małego miasta a był nim wcześniej napomknięty Krasnystaw, to było jakoś pod koniec przedszkola kiedy to jeszcze nie wykraczałam ponad „normę” rysunkową innych dzieci jeśli chodzi o spędzany nad tym czas lub jakiś objaw talentu. Tak naprawdę to nie rysowałam lepiej od mych rówieśników więc Leonardem nie byłam (i pewnie nie będę) stąd też łatwo nie było. Pojęcie doskonalenia się „musnęło” mnie lekko dopiero w podstawówce. Wtedy to po raz pierwszy dane mi było zobaczyć jak ładnie można rysować, a to za sprawą mojej koleżanki z klasy, niezwykle zdolnej Ady Kochańskiej, o której talencie nie muszę się rozpisywać zbytnio gdyż Ci co ją znają wiedzą jakim orężem dysponowała i dysponuje tym bardziej dzisiaj (pozdrówki!). Pozwalając sobie na lekkie obgadanie jej powiem wam, że jest wiele dzieci o których ludzie mówią „jak on\ona ładnie rysuje” ale Ada była doskonałym przykładem na prawdziwość tego typu stwierdzeń. Pamiętam ją jako małą dziewczynkę, 9-letnią, która świadomie, nie używając referencji cieniowała postacie i tła, dobierała odpowiednie kolory i znała anatomię lepiej niż niejeden rysujący nastolatek – nie nie przesadzam. Podziwiając właśnie jej rysunki zrozumiałam, że można lepiej rysować niż to co zwykle wychodzi z pod ręki standardowego dziecka w tym mnie. Swoją drogą do dziś mam jeden z rysunków Ady i patrząc na niego obecnym okiem ciągle robi na mnie wrażenie gdy wezmę pod uwagę kiedy powstał, niestety jednak w chwili obecnej nie mogę go odnaleźć pomimo, że cały dom przetrząsnęłam, więc domniemam, że jest ukryty razem z innymi szparagałami czekającymi aż nabędę wreszcie jakiś regał do pokoju. Mam nadzieję, że za jakiś czas dokopię się do tego i będę mogła aktualizować ten wpis o tę ilustrację. Tak czy siak szacunek dożywotni^^

1To o czym wspomniałam powyżej było czynnikiem zapalnym do tego gdzie jestem teraz pod względem pasji oraz warsztatu. Chciałam umieć podobnie, by moje rysunki były śliczne, kolorowe i ponadprzeciętne jednak nie był to jeszcze taki porządny i świadomy głód samodoskonalenia się, raczej taki zalążek tego co miało potem z tego wykiełkować. Myślę, że kolejnym i to mocniejszym popychaczem w stronę rysunku był mój ojciec, który zupełnie nie świadomie stworzył „potwora” hahaha Moi rodzice rozwiedli się jak miałam 4-5 lat, wiec on jako, że nie mieszkał z nami miał tę możliwość nadaną odgórnie by mnie odwiedzać. Czynił to zatem często przynosząc ze sobą jakiś podarek dla mnie w postaci zabawki, walkmana lub… gdy miałam 8 lat całego zestawu kilkudziesięciu kaset z heavy, trash i innymi gatunkowo metalowymi zespołami za co mu się nieźle oberwało ale wyszło w sumie na jego pod względem muzyki jakiej słucham hahahaha. Wracając do tematu, któregoś pięknego weekendu chyba nie mając lepszego pomysłu co tu by mi sprezentować mój ojciec nabył komikso-gazetę Czarodziejki z Księżyca (Sailor Moon) akurat w czasie gdy akurat zaczynałam ją oglądać w telewizji stąd też nieźle się wstrzelił z tym giftem to trzeba przyznać.

Romans_w_blasku_księżycaKomiks dotyczył odcinka w którym to pewna bogata dziewuszka miała zaprezentować podczas oficjalnej uroczystości mega wielki klejnot rodzinny, który był w jej rodzie od pokoleń. Tak więc główna bohaterka, nasza Bunny Tsukino przebrawszy się za księżniczkę (tylko ważne szychy mogły tam wejść) udała się na ową uroczystość gdzie jak to w tym tytule było musiała stoczyć walkę ze złem. Oczywiście walkę stoczyła, demona pokonała ale nie znalazła tzw. Srebrnego Kryształu, którego poszukiwała i za który wzięła owy rodzinny klejnot dzianej dziewuszki. Oczywiście zakochałam się w tym komiksie jak i serialu animowanym i dołączyłam do całej chmary fanek tejże serii namiętnie bawiąc się na podwórku jako Czarodziejka z Marsa z moimi koleżankami Pauliną i Martą. Sailorkowa mania więc trwała zawładnąwszy mną całkowicie doprowadzając także do tego, że nabrałam ochoty by rysować postacie tam występujące. Ponieważ miałam tylko ten gazetkowy komiks był on jedyną referencją jaką posiadałam, a w dodatku wiele mi to nie dawało ponieważ kompletnie nic mi nie wychodziło. PrzechwytywanieWpadłam więc na szatański plan kopiowania z niego ilustracji (i chyba, któraś z koleżanek pokazała mi do tego sposób) a wyglądało to tak, że pod stroną z podobającym mi się ujęciem, którejś z bohaterek, kładłam kartkę papieru po czym ołówkiem mocno rysowałam po konturach postaci tak aby wyryć nim na czystej kartce pod spodem te właśnie kontury, które to potem poprawiałam ołówkiem, długopisem czy też innym pisakiem. Z czasem zaopatrzyłam się w kalkę przez co łatwiej było mi zrzynać kadry przez co mogłam się z kupić na ulubionej wtedy części rysowania – kolorowaniu.

Ponieważ posiadałam tylko ten jeden jedyny komiks został on straszliwie skatowany przeze mnie za sprawą tego typu praktyk stąd też jest najbardziej zniszczony z pośród wszystkich gazet z tamtego okresu a trochę ich się potem pojawiło bowiem zaczęłam swe kieszonkowe roztrwaniać na wszystko co tylko wtedy wyczaiłam w kiosku aby tylko mieć więcej materiałów związanych z Czarodziejką z Księżyca. Tu aż łezka w oku się kręci bo zapewne wszyscy, którzy w latach 90tych interesowali się mangą i anime wiedzą jak cenne było każde znalezisko w tej tematyce gdzie internety nie były dostępne jak dziś. Ach… tak to były czasy, że tak po starczemu powiem 😉

Tak natomiast prezentuje się mój ulubiony kadr z tego tomiku. Był on dla mnie w tamtych czasach najśliczniejszą ilustracją jaką kiedykolwiuek widziałam i przyznam, że wciąż mi się podoba – Bunny wygląda tu naprawdę uroczo^^

15Jeśli ktoś z was poszukuje infa dot. wydawnictwa jakie było odpowiedzialne za wydanie tej serii to wydawcą był nieistniejący już TM-SEMIC (sama się sporo naszukałam po internetach nim to dopadłam – niestety musiałabym przeczesać wszystkie kartony z popakowanymi rzeczami by dopaść mój oryginał a to nie takie proste^^). Jakby co ja to dopadłam na koncie jednego chomika za co chwała mu.

IMG_20151108_125136Niedługo po tych wydarzeniach, gdy miałam 10 lat musiałam niestety porzucić me koleżanki i przenieść się znacznie dalej niż dotychczas. Ponieważ wtedy zmarł mój dziadek, według jego ostatniej woli moja mama miała przeprowadzić się do Otwocka – głównie ze względów materialnych. Tak więc się też zadziało. Na szczęście od urodzenia przyjeżdżałyśmy do rodziny na wszelkie święta, oraz byłam zabierana przez moją chrzestną na wakacje, która tu (w Otwocku) mieszkała przez co miałam osiedlowych znajomków. Cieszyłam się też ponieważ zawsze z każdymi wakacjami czekałam aż przyjadę do Otwocka i spotkam się z moją koleżanką Kasią, którą znałam chyba od 4 roku życia i do której bardzo tęskniłam będąc w Krasnymstawie (jeśli czyta to Edek to wiesz dlaczego do niej tu przyjeżdżałam a nie do ciebie – afera paluszkowa hahahaha). Tu w Otwocku też po wielu oporach (kto by pomyślał) zostałam zarażona Dragon Ballem co spowodowało nieodrwacalne skutki w mej psychice i uczyniło samozwańczym ekspertem tegoż to anime oraz spaczyło do reszty mój rysowniczy i mangowy gust – Shounen to jest to! 

W Otwocku zaczęłam czytać legendarne Kawaii na które także przepuszczałam każde kieszonkowe i dzięki temu mogłam bardziej wdrożyć się w nurt mangi, nie ograniczając się tylko do Czarodziejki z Księżyca tym samym poznając nowe tytuły, zarysy fabuł oraz postaci a także inne strony wizualne. Wtedy też chyba zaczęłam powoli myśleć o rysowaniu nie tylko pod kątem „przerysowania czegoś” a jak o czymś twórczym tj. że mogę stworzyć swoją historyjkę a do tego akurat pomysłów zawsze miałam multum. Do dziś nawet czasem jak tak się zastanawiam to chyba jestem lepszym twórcą historii aniżeli ich rysownikiem ale to już temat chyba na innego posta.

Wracając do tematu chciałam stworzyć coś swojego wiec zaczęłam intensywnie myśleć i próbować swoich sił przy tworzeniu czegoś własnego. Po jakimś czasie powstała ma pierwsza historia pt. „Naomi – The Princess of Cat Planet”. Jako, że angielskiego prawie nie znałam to uwierzcie, ten tytuł to był szczyt mych możliwości jeśli chodzi o jego stworzenie pomimo, że brzmi jak brzmi. Oczywiście dalej nie umiałam rysować a tyczyło się to zwłaszcza anatomii. Potrafiłam namazać jakąś twarz choć i tak tylko widzianą od przodu ale jeśli chodzi o resztę anatomii to był totalny dramat. Trzeba było jakoś temu zaradzić stąd też zaczęłam przeglądać Kawaii i rysować ciała na wzór postaci z ilustracji tam zawartych z tą różnicą, że tym razem już obyło się bez kalkowania. Tym samym po raz pierwszy raz w życiu użyłam innych ilustracji jako referencji do narysowania własnych co było tak naprawdę strzałem w dziesiątkę i dało mi niezłego rozpędu w nabywaniu umiejętności. Według mnie był to jeden z największych przełomów w mej rysowniczej podróży ku samodoskonaleniu się. Pewnego razu zachciałam więc jak na marzycielkę przystało namalować swoją Naomi na ilustracji, która byłaby okładką gazety/komiksu – tak sobie fantazjowałam. Pozycję do tej ilustracji zerżnęłam żywcem z pozy jaką wykonywała po przemianie Czarodziejka z Marsa – nauczyłam się jej rysować z pamięci tak często była przeze mnie powielana w mych ilustracjach. Poniżej dołączam dowód tejże zbrodni nad którego wykonaniem przesiedziałam zapewne pierdylion godzin jak nie więcej.

Naomi_old

Fabuła tejże historii toczyła się wokół nastolatki, która odrodziła się na ziemi (bądź została na nią wysłana) a tak naprawdę była księżniczką kociej planety. Kociej nie dlatego, że była zamieszkała przez same koty a raczej pół ludzi – pół koty czyli np. ludzie z kocimi uszami, ogonami itd. co jest dość powszechnym zjawiskiem w mangach (info dla tych co nie mają styczności z tym tematem).

14ya6ihSam pomysł na „kocią księżniczkę” też nie wziął się oczywiście znikąd albowiem w tamtym czasie wraz ze swą przyjaciółką Edą grałyśmy intensywnie we wszelkiego rodzaju bijatyki na jej mega potężnym kompie, którym był Celeron 300 mHz posiadający 4MBajtową grafikę z akceleratorem 3D oraz 32MB RAM a do tego jeszcze ze 3GB dysku twardego z zainstalowanym Windowsem 98’ i ustawionym podwodnym motywem na pulpicie Yeah!

Zaciekle więc katowałyśmy Mortal Kombat Trilogy, Samurai Shodown II oraz Last Bronx’a, który nie zawsze chciał nam działać po instalacji więc jak już działał to grałyśmy w niego do znudzenia. To właśnie jedna z postaci Samurai Shodown II była przeze mnie uwielbiana a mianowicie chodzi o pewną zacną kocicę o imieniu Cham Cham. Ileż walk nią stoczyłam na mej ulubionej planszy z flamingami, nie zdziwię się zatem jak po ukończeniu tego wpisu na moim komputerze znowu pojawi się ta gra o ile na nim ruszy. Tak więc Panie i Panowie, Ci, którym ta pozycja ze świata gier umknęła mowa o tej damie będącą mą wielką inspiracją do stworzenia „kociej księżniczki”:

ChamCham3.gif~c200

IMG_20151108_125203Naomi poza tym, że wymusiła na mnie podjęcie jakiegoś większego wysiłku poza zwykłym kalkowaniem istniejących już ilustracji sprawiła także, że pierwszy raz w życiu nie rysowałam losowej postaci bez opisu/zarysu fabularnego. Ponieważ wciągnęłam się w pracę nad nią założyłam zeszyt, w którym były rysunki jej członków rodziny, przyjaciół oraz wrogów do których dołączone były informacje o nich oraz dane typu wzrost, kolor włosów itd. Co do samej fabuły tej historii to raczej jej nie spisywałam tak jak to teraz staram się robić – choć i tak dziś nie jestem mistrzem regularności jeśli o to chodzi. Naomi była więc z góry skazana na pozostanie „projektem do szuflady”, którego nie miałam potrzeby nawet pokazywać większej grupie ludzi. Jeśli już natomiast poruszam temat „szufladowego” rysowania to bardzo długo mnie ono dotyczyło. Tak naprawdę jeśli ktoś już widział moje prace to tylko znajomi z podwórka bądź szkoły kiedy to tylko na przerwach jeszcze rysowałam – nie to co w gimnazjum i liceum uaaaaa – nie powinnam tego pisać bo wyjdzie, że daje zły przykład młodziakom hahahaha! Jakby tak pomyśleć to upubliczniać swoje prace zaczęłam dopiero jak zaczęła powstawać moja saga EURASIA a raczej jej zalążki oraz tworzona w tamtym czasie mniej więcej równolegle Monstee. Wcześniej uważałam, że z moim poziomem jeśli chodzi o warsztat nie ma co się poprostu chwalić a ponadto internet nie był wtedy czymś powszechnym. Z reguły miejscem gdzie się miało do niego dostęp były lekcje informatyki w szkole bo w domach raczej nie był spotykany (przynajmniej wśród moich znajomych).

19Pamiętam też, że pierwszym miejscem do którego wysłałam swoje rysunki było nieistniejące już od dawna wydawnictwo KASEN COMICS (R.I.P choć nie wybaczę wam, że padliście nim wydaliście do końca Ragnaroka!). Nadsyłane przez lud prace umieszczali na swej stronie internetowej w dziale galerii a zainteresowałam się ich stroną dlatego, ponieważ kiedyś, dawno temu, w odległej galaktyce… zrobili konkurs w którym to można było wygrać publikację swojego autorskiego komiksu. Tam też posłałam pierwszy narysowany z mega trudem rozdział EURASII, która jeszcze nawet tak się wtedy nie nazywała. To chyba nie była nawet pierwsza edycja tego konkursu o ile dobrze pamiętam, tak czy siak byłam bardzo napalona na wygraną włożywszy mega trud w narysowanie 32 stron mangi, którą może zaprezentuje przy okazji innego postu, choć była naprawdę crap’owata. Konkurs przegrałam co się skończyło tym, że mój kolega Johny musiał raczyć mnie snikersem gdyż byłam naprawdę rozżalona z tego powodu na iście gimbazalnym poziomie. jakby nie patrzeć było to moje pierwsze doświadczenie tego typu, które dodatkowo kosztowało mnie wiele pracy stąd też ciężko było mi przegrać. Jak tak teraz pomyśleć o tych reklamach snickersa z czasów obecnych to Johny wykazał się mega prorockim zachowaniem dając mi go na pocieszenie hahahaha Dokańczając wątek to całą potyczkę wygrała Anna Janowska ze swoim komiksem pt. „Vampire Delight”, który pewnie nadal jest kojarzony przez niejednego człeka obracającego się w klimatach mangi i anime, który choć trochę śledzi polski rynek wydawniczy. Jeśli ktoś jest ciekaw obecnej twórczości tejże rysowniczki to gorąco polecam odwiedzić jej profil na deviantarcie gdzie znana jest co poniektórym jako Yanosik. Dziś z perspektywy czasu wiem, że wygrana była w pełni zasłużona bo to co wysłalam na owy konkurs to dramat nad dramatami pod każdym względem – czasem z przyjaciółką oglądając ten komiks śmkiejemy się do łez bo całą stronę wizualną dobija jeszcze mega tandetny tekst hahahaha do czytania po kilku piwach jak znalazł!

Skoro już padł wątek KASEN COMICS to tak wygladały me pierwsze nadesłane do nich rysunki^^ Jak nawet widać po dacie na jednym z nich było to dobre kilka lat od stworzenia wcześniej omawianej przeze mnie Naomi, która w czasie ich wysyłania już dawno była porzuconym projektem, schowanym w jednej z rysunkowych teczek i czekającym na regale bym kiedyś po nią sięgnęła (choćby dziś kiedy to postanowiłam ją na chwilę odkopać). Naomi to czasy podstawówki a to co poniżej widać to już nie byle co bo lyceum! XD

178177179Jeśli chodzi zaś o wspomnianego deviantarta to powiem, że straszliwym błędem byłoby gdybym o nim nie wspomniała trochę więcej albowiem spędziłam na nim dobre 8 lat i ciągle z większą lub mniejszą częstotliwością na nim działam publikując tam swe prace. Niestety raczej bywam rzadziej niż częściej ze względu na niekończący się brak czasu jednak nawet jak siedzę tam cicho to obserwuję co, kto dodał na DA i jestem akurat w przeglądaniu artów na bieżąco. Deviantart to miejsce, które stało się dla mnie swego czasem „domem w internecie” i w którym zaczęłam się dość mocno udzielać dodając często swe maziaje (przynajmniej kiedyś tak było^^) a wszystko to za sprawą niejakiej Anki-Kokos, która miała tam założone konto, rysując już wtedy na kosmicznym dla mnie poziomie (polecam obczaić). Poznałam ją na zabytkowym portalu a było tzw. „Grono”. Dokładnie to wyhaczyłam ją na jednym z forów rysunkowych, na którym to ludzie dzielili się linkami do swoich prac i komentowali czy są dobre, złe tudzież co można poprawić by było lepiej. Dokładnie to na zajęciach z informaltyki (liceum) trafiłam w tamten zakamarek internetów i pamiętam to wrażenie gdy zobaczyłam prace właśnie tejże demonicznej kobiety (która moim zdaniem za mało rysuje czyt. chce więcej jej prac!). Tam też wysłałam swoje rysunki i o ile dobrze mi się wydaje to wśród nich była jedna z tych opublikowanych powyżej, na której postać Monstee ma niezbyt funkcjonalną broń. To właśnie Kokos uświadomiła mnie, że jest coś takiego jak DeviantArt i namówiła do założenia tam konta. Tak więc to przez nią Ci co mnie watchują są narażeni na me spamy 😉

Yusi_by_monsteeroseJeszcze jakoś w tamtym czasie włóczyłam się po nieistniejącej już stronie niestety Mangadome, która była naprawdę przyjemnym miejscem nie tylko dla rysowników ale i wszelkiej maści forumowiczów, słuchaczy j-mjuzy i całego innego towarzystwa^^. Poza tym jeszcze miałam czas intensywnego przebywania na portalu rysuj.pl, którego jak właśnie sprawdziłam też już nie ma w „eterze” o..O Szkoda, naprawdę szkoda  bo było to zacne miejsce do wszelkiej maści chatowych pogaduszek w kręgu porypanych ludzi czyt. rysowników wszelkiej maści^^ Tak czy siak zbliżając się już po woli ku końcowy, w ramach podsumowania tego najdłuższego chyba w mym żywocie postu tak jak wcześniej napisałam „Naomi – The Princess of Cat Planet” była mym pierwszym „projektem” nad którym trochę przysiadłam i który zawsze będzie budził mój sentyment gdy tylko o nim pomyślę. Zapewne każdy z rysujących już jakiś czas ma taką historię, pomysł w swej pamięci do którego czasem lubi wrócić sentymentalnie myślami. U mnie to właśnie ona, opowieść, która tak naprawdę była rozgrzewką przed pracami nad czymś zupełnie innym. Rozgrzewką przed komiksem o poważniejszej już tematyce choć z niezbyt groźnie brzmiącym tytułem a chodzi dokładnie o „Yusi”, która pochłonęła dobrych kilka lat z mego rysowniczego żywota (głównie okres gimnazjum) i która gdybym miała nadmiar czasu po wydaniu EURASII i TOXIC byłaby czymś wartym uwagi i poświęcenia chwili by doszlifować to i owo aby wypuścić ją nawet jako webcomics. Właśnie „Yusi” będę chciała poświęcić następny post gdyż była ważnym etapem mego żywota, uczącym mnie bardzo wielu rzeczy – zawdzięczam jej naprawdę wiele.Tak wiec na dziś to tyle, dziękuję wytrwałym za doczytanie do końca i na koniec prezentuję jak Naomi by wyglądała gdybym ją obecnie rysowała – tutaj ukłon trochę w stronę męskiej części czytających ten post^^

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>
*
*